Zawsze pasjonowały mnie zagadki

Zawsze pasjonowały mnie zagadki

PODZIEL SIĘ

Czy rozwój zdarzeń w powieści może zaskoczyć samego autora? Czy sprawcą zbrodni w finale może okazać się ktoś zupełnie inny niż planował to pisarz? Na te pytania odpowiada Bartłomiej Basiura, autor powieści kryminalnych.

Pierwszą książkę napisałeś kilka lat temu, jeszcze jako maturzysta. Skąd u Ciebie, w tak młodym wieku, zainteresowanie trudną i niejednokrotnie przerażającą tematyką?

– Moja historia z tematyką kryminalną ma dość banalny początek. Starsza siostra była molem książkowym, więc przynosiła do domu różne pozycje, między innymi kryminały i thrillery medyczne. Podkradałem te, które mnie bardziej interesowały. Wychowałem się na Christie, Kingu, Grishamie i Cooku. W końcu w moje ręce trafił Deaver, dzięki któremu poznałem tajniki tworzenia fabuły, a poruszane przez niego wątki zaintrygowały mnie na tyle, by poszerzać moją wiedzę w tym zakresie.

W jakich okolicznościach powstała „Hipnoza”, Twoja pierwsza powieść?

– Zawsze pasjonowały mnie zagadki i szczegóły. To jest to, co lubię najbardziej. W każdej książce, którą brałem do ręki, poszukiwałem detali i próbowałem rozwikłać tajemnice, jeszcze zanim sam autor przyniósł odpowiedź. To było dla mnie na tyle ciekawe, że pewnego dnia postanowiłem sam spróbować swoich sił.

Skończyłem liceum, przystąpiłem do matury i miałem przed sobą najdłuższe wakacje życia. To był tak naprawdę moment pierwszych poważnych wyborów. Z perspektywy czasu mogę ocenić, że to był mój pierwszy kryzys psychiczny (śmiech).

Doszedłem więc do wniosku, że ten czas można wykorzystać w naprawdę fajny sposób. Między pracą i wyjazdami postanowiłem spróbować sił w pisaniu. „Hipnoza” rozpoczęła bardzo ciekawy rozdział mojego życia, związany z dorosłością, a zarazem pozwoliła mi spojrzeć z dystansem na to, co było do tej pory.

Muszę przyznać, że początkowo w ogóle nie było mowy o książce. W pierwszym momencie, gdy „Hipnoza” powstała, nie nazywałem jej jeszcze powieścią, czy książką. Dla mnie to były zbyt duże słowa. Pisałem po prostu dla przyjemności. I tak pozostało do tej pory.

Wiele osób pisze, ale w ogromnej ilości przypadków ich twórczość nigdy nie wyjdzie poza krąg rodziny, czy najbliższych znajomych. Twoje powieści od kilku lat czytają już ludzie w całym kraju, można je kupić w księgarniach. Domyślam się, że nie było łatwo wydać pierwszą książkę.

– Osoby z mojego otoczenia wiedzą, że jestem animatorem, kimś, kto angażuje wszystkie swoje siły w coraz to nowsze projekty, często artystyczne. Jakbym miał teraz spojrzeć na ostatnie 6-7 lat, bo tyle trwa moja przygoda z pisaniem, to powiem, że był to czas nieustannego zderzania się ze „ścianami”, próbowania, kombinowania. To nie jest tak, że jestem „w czepku urodzony”, albo że mam jakieś kontakty, czy fundusze. Nie. Początki nie były przyjemne, tym bardziej dla mnie, osoby młodej, niekoniecznie cierpliwej i nieposiadającej właściwego dystansu do tego, co robi. Wręcz przeciwnie – było to bardzo trudne doświadczenie.

Początkowo nie planowałem wydania książki, pisałem dla siebie, dla przyjemności. W momencie gdy powstała „Hipnoza”, podzieliłem się nią z ludźmi z mojego otoczenia, bliskimi i dalszymi znajomymi. Recenzje, o dziwo, były bardzo pozytywne, chociaż wiadomo, rodzina czy przyjaciele mogą patrzeć trochę z przymrużeniem oka, zwłaszcza jak autor ma 18 lat.

W Ornontowicach, skąd pochodzę, działało Stowarzyszenie Szabiba, skupiające osoby, które chciały zrobić coś dobrego dla miejscowych. I właśnie dzięki niemu moja książka została wydana. Pamiętam ten nieoficjalny nakład 20 egzemplarzy, było to dla mnie wielkie przeżycie. Miałem niesamowitą satysfakcję, bo książka nabrała materialnej formy.

Od tego się zaczęło. Chciałem w pewnym sensie udowodnić sam sobie, że coś potrafię. To nie sprowadzało się do zdania matury, czy dostania się na wymarzone studia. Postawiłem sobie cel i do niego wytrwale zmierzałem. Poznałem na swojej drodze wielu niesamowitych ludzi, próbowałem ich zarażać pozytywną energią, a oni odpłacali się tym samym. To im zawdzięczam miejsce, gdzie aktualnie się znajduję.

„Powieść kryminalna” – pisano w pierwszych recenzjach, które czytałem z wypiekami na twarzy. Sam byłem zaskoczony, że tak się to potoczyło. Pisanie okazało się świetną przygodą, która trwa do dziś.

Czy poszczególne wątki fabuły podpowiada Ci wyłącznie fantazja, czy może robisz własne, szczegółowe badania, zbierając informacje z różnych źródeł?

– Każda książka ma swoją historię. Przy pierwszych powieściach opierałem się przede wszystkim na wiedzy, zdobytej z innych książek. Nie chodzi tu o kopiowanie, ale o tematy, które na tyle mnie zafascynowały, że zacząłem się wczytywać w literaturę naukową i poszerzać spektrum wiadomości.

Jeśli chodzi o aktualne pozycje, to tak naprawdę od „Wagi” przygotowania zaczęły wyglądać trochę inaczej. Staram się docierać do osób, które przekazują mi potrzebną wiedzę. Sięgam po literaturę wyspecjalizowaną, niekoniecznie ogólnodostępną, dzięki czemu fabuła robi się coraz ciekawsza. Próbuję drążyć, docieram do miejsc, które coraz bardziej mnie zaskakują, są bodźcem, inspiracją i samoistnym pomysłem.

Jak dobierasz miejsca akcji?

– Nie ukrywam, że staram się, by moje książki były jak najbardziej realne, aby czytelnik nie miał wątpliwości, czy coś podobnego mogłoby się wydarzyć. Wybieram miejsca akcji, które odbiorcy moich książek dobrze znają. I tak miejscem akcji ostatnich powieści jest Kraków, zatem jak piszę o ul. Słowackiego w Krakowie, to faktycznie jest to ta ulica, a jak wspominam w treści o Wawelu to można przenieść się wyobraźnią za mury zamku, gdzie w ostatni weekend było się na spacerze. Myślę, że wszyscy, którzy znają opisywane okolice, bez problemu odnajdą się w czeluściach tej książki, staną się jej częścią, bohaterem/bohaterką, który/-a stoi naprzeciwko sprawcy, może dotknąć ściany, na której sprawca zostawił ślad, poczuć jego zapach.

A bohaterowie Twoich powieści – czy mają swoje realne pierwowzory?

– Niejedna osoba próbowała doszukiwać się w bohaterach cech samego siebie. Nigdy nie przyznam, żebym wykorzystał w skali 1:1 cechy kogoś konkretnego. Zawsze jest to mieszanka wybuchowa, ale chcąc nie chcąc, ludzie, którzy mnie otaczają, są rzeczywistą inspiracją i od tego nawet nie próbuję uciec. Cechy charakteru się łączą i wykorzystuję te, które w danym momencie potrzebuję do opisu konkretnej postaci.

Niekiedy wyobraźnia płata mi figle, wyobrażam sobie, jak dana postać wygląda, ale zdaję sobie sprawę, że czytelnik, oddając się lekturze, ma zupełnie inny obraz tego, co napisałem. To jest właśnie piękno literatury i nie zamierzam w żaden sposób tego hamować. Zostawiam miejsca na dopowiedzenia, żeby każdy z nas mógł postawić kropkę we właściwym miejscu.

Czy bohaterów obdarzasz także swoimi cechami?

– To trudny temat. Często łapię się na tym, że w pewnym momencie sam jestem bohaterem. Narracja w moich książkach prowadzona jest z perspektywy bohatera, który dzieli się swoją wiedzą. Tak jakbym sam uczestniczył w opisywanych zdarzeniach. Uważam, że to ciekawy zabieg – pozwala poczuć dreszcz emocji, strach, smutek. Nie spodziewałem się, że to jest w ogóle możliwe, że można tak głęboko zostać wplątanym w fabułę. Niemniej jest to bardzo miłe uczucie. Chociaż – muszę przyznać – z jednej strony jest pułapką. Czasem nadchodzi bowiem moment, gdy zastanawiam się: a co jeśli wydarzy się coś, w czym nie chcę uczestniczyć? Na samą myśl, że mam to napisać, ogarnia mnie przerażenie….

I co wtedy? Odkładasz pisanie na później?

– Nigdy. Nie mógłbym sobie tego zrobić, bo właśnie dla tego uczucia, pomimo wielu prób skończenia z pisaniem, niezmiennie wracam, jeszcze bardziej zdeterminowany. Uzależniłem się od tych emocji, nic nie daje mi więcej adrenaliny.

Czasem ogranicza mnie zmęczenie i perspektywa kolejnego pracowitego dnia. Ale staram się zawsze podchodzić do pisania z dystansem, traktować je jak pasję. Dziennikarze pytają mnie, jak mają mnie podpisać: jako pisarza, literata? Najbardziej lubię jednak określenie „pasjonat”, bo najlepiej oddaje to, co robię. Piszę po godzinach, dla przyjemności. Jak tylko jest taka możliwość, to „zarażam” ludzi wokół mnie pomysłami „okołoksiążkowymi”. Kiedy bowiem książka nabiera kształtu, staje się podstawą do innych projektów.

Czy zaczynając pisać, od razu na wstępie wiesz, „kto zabił”? :) Czy może sam, wraz z bohaterami, dochodzisz do tego w miarę zapełniania się kolejnych kart książki?

– W ramach promocji moich książek, przejechałem całą Polskę, przyszło mi odpowiadać na wiele pytań. Pamiętam, że prowadzący zadał mi pytanie bardzo podobne do Twojego. Byłem wtedy pełen euforii i na poczekaniu postanowiłem stworzyć metaforę. Powiedziałem wówczas, że moją koncepcję można przyrównać do szkieletu, tylko że ten szkielet ma gumowe kości (śmiech).

Co to oznacza? Kiedy podchodzę do pisania, mam pewną koncepcję, ale tak naprawdę z każdym kolejnym rozdziałem dochodzą nowe człony. Już kilka razy zdarzyło się, że zaskoczyłem sam siebie i ktoś zupełnie inny niż myślałem na początku, okazał się sprawcą (śmiech).

Wydaje mi się, że wtedy jest też większe zaskoczenie dla czytelnika. Jeśli autor już podświadomie wie, kto jest sprawcą, nieumyślnie daje po drodze pewne podpowiedzi. Natomiast w momencie, gdy sam autor jest zaskoczony finałem, to czytelnik tym bardziej.

Wkrótce ukaże się Twoja kolejna powieść „Reset”.

– Tak, na przełomie stycznia i lutego powinna być już w sprzedaży. „Reset” to druga część trylogii, którą rozpoczęła „Waga”. Początkowo miała być to jedna powieść, jednak fabuła okazała się tak obszerna i zawiła, że postanowiłem podzielić ją na części.

Akcja rozgrywa się w Krakowie. Podstawowe sceny akcji to Areszt Śledczy przy ul. Montelupich i Komenda Wojewódzka Policji. Konstrukcja książki z pewnością zaskoczy nawet wytrawnych czytelników. Mam nadzieję, że Basiura okaże się powiewem świeżości na półkach z polskim kryminałem.
Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała:
Anna Piątkowska-Borek

Fot. Aleksandra Piłat

BRAK KOMENTARZY