Teatr to moje powołanie

Teatr to moje powołanie

PODZIEL SIĘ

Emilian Kamiński – wspaniały aktor i reżyser w tym roku obchodzi jubileusz 40-lecia pracy. Z tej okazji zaprasza na premierę specjalnie przygotowanego spektaklu „Kolacja na cztery ręce”.

W tym roku obchodzi Pan jubileusz 40-lecia pracy twórczej. Czy w związku z tym traktuje Pan ten okres jako czas refleksji i podsumowań? Czy może jest to dla Pana po prostu kolejny normalny rok pracy, tyle że jubileuszowy?

I tak, i tak. Z jednej strony jest to normalny rok pracy, ale z drugiej – robię spektakle, które mają wydźwięk refleksyjny i w pewien sposób podsumowują moje dotychczasowe życie, nie tylko pracę twórczą, ale i życie osobiste. 40-lecie to jest coś takiego, nad czym trzeba się zastanowić. To jest już poważny próg. Warto więc pomyśleć o tym, co było, co jest, jak to wszystko funkcjonuje i co będzie dalej. Akurat mam swój własny teatr, więc w tym szczególnym dla mnie, jubileuszowym roku, mogę się w nim swobodnie twórczo wypowiedzieć.

Z tej okazji przygotował Pan coś specjalnego dla publiczności?

Tak. Na 40-lecie przygotowaliśmy spektakl zatytułowany „Kolacja na cztery ręce”, w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego. W sztuce tej, autorstwa Paula Barza, wystąpią: Olaf Lubaszenko (jako Jan Sebastian Bach), Maciej Miecznikowski (w roli dowcipnego miłośnika opery, kamerdynera Schmidta) i ja (jako Jerzy Fryderyk Haendel). Po raz pierwszy zagraliśmy ten spektakl w lipcu podczas XX edycji Festiwalu Gwiazd w Międzyzdrojach. Został bardzo dobrze przyjęty, zarówno przez widownię, jak i krytykę.

12 września zapraszamy na premierę w Warszawie, w Teatrze Kamienica, natomiast w listopadzie – w Krakowie, w Teatrze Stu.

A co decyduje o tym, że wystawia Pan daną sztukę w swoim Teatrze Kamienica? Scenariusz musi mieć to „coś”?

Dla mnie bardzo ważna jest literatura. Jeśli jest to komedia, to musi ona zawierać jakieś wartości intelektualne. Ostatnio miałem w ręku dobrze napisaną farsę, ale jest tak głupia, że nie chcę się do tego przymierzać. Poza samym rozśmieszaniem widowni, poza samymi gagami, nie przenosi bowiem żadnych wartości. Nie bardzo mi się to podoba.

Tekst dla mnie jest bardzo istotny, ponieważ to dzięki niemu przenoszę widownię w świat, który chcę przedstawić. Muszę zatem mieć pełne zaufanie do tekstu.

Skoro już jesteśmy przy Teatrze Kamienica – zawsze chciał Pan mieć swój teatr?

O tak! Zawsze to było moje wielkie marzenie. Już w latach osiemdziesiątych myślowo przymierzałem się do takiego przedsięwzięcia, chciałem mieć własny teatr. Nie zamierzałem być dyrektorem teatru już zastanego, chciałem stworzyć własny, zupełnie od podstaw.

A co szczególnego jest w Kamienicy, czego nie ma w innych teatrach?

Nie da się ukryć, że jest to teatr bardzo swoisty, co podkreślają odwiedzający nas widzowie. Jest jedyny w swoim rodzaju. Ma wspaniałą atmosferę, swoją inność, swojego ducha. To jest bardzo bliskie mi miejsce. Kawałek mojego domu i kawałek mojego serca.

Żeby to poczuć, trzeba przyjść i samemu zobaczyć.

Widać, że zupełnie nie traktuje Pan Teatru Kamienica jako miejsca pracy.

Oczywiście że nie! Teatr to jest moje powołanie.

Ale od marzeń i pomysłów do realizacji była długa droga…

Ojej, to była gehenna! Ale ja nie zwątpiłem ani przez sekundę, że ten teatr powstanie. Nie miałem żadnych wątpliwości, chociaż wszyscy inni wątpili.

Czy w pewnym momencie któreś przepisy i procedury „rozłożyły Pana na łopatki”?

Ciągle mnie kładły, ciągle byłem pod murem – czasem mniejszym czasem większym, ale zawsze udawało mi się go pokonać: jak nie przeskoczyć, to się przedrapać, albo podkopać. Tak to było.

Długo szukał Pan odpowiedniej lokalizacji? Czym to wymarzone miejsce musiało się charakteryzować?

Chciałem mieć po pierwsze – budynek w centrum, a po drugie – w kamienicy, która byłaby bardzo „warszawska”. I znalazłem taką kamienicę, ocalałą jakimś cudem z czasów wojny, znajdującą się blisko getta, w miejscu, które właściwie było całkowitą ruiną. Tylko ona się zachowała. Pomyślałem więc, że to jest znak. To było to, czego szukałem. Poza tym, jak wszedłem na podwórko, coś mnie – można powiedzieć – „tknęło”, „uderzyło w głowę”. Wtedy wiedziałem już na pewno, że to właśnie tutaj założę teatr.

Na co dzień pracy ma Pan mnóstwo. Ile godzin ma Pańska doba? 

Moja doba ma na pewno więcej niż 24 godziny. Jest bardzo elastyczna

Ale to nie jest tak, że cały czas pracuję. Muszę też czasem odetchnąć, odreagować. Mam takie dni, gdy chcę odpocząć i wtedy po prostu jadę na ryby. To mój sposób na wypoczynek. Wówczas moja doba wygląda całkiem inaczej.

 W listopadzie premiera „Kolacji na cztery ręce” w Krakowie, w lipcu publiczność podziwiała Pana podczas Krakowskich Miniatur Teatralnych. Lubi Pan występy w Krakowie?

W Krakowie jestem zawsze bardzo ładnie przyjmowany. Macie bardzo wyrobioną publiczność, „smakującą” w teatrze. Kraków zawsze jest dla mnie miejscem w pewien sposób nobilitującym.

W tym roku, w lipcu, na scenie Krakowskiej Szkoły Teatralnej Łukasz Lech i jego współpracownicy przygotowali dla mnie miłą niespodziankę. Dostałem klucze do bram miasta Krakowa od prezydenta Majchrowskiego, ponton dla wędkarza i różne inne prezenty. Publiczność natomiast bardzo ciepło mnie przyjęła, spotkałem się z wielką serdecznością. Muszę przyznać, że w tym roku Kraków bardzo mnie zaskoczył swoją gościnnością.

 

Rozmawiała
Anna Piątkowska-Borek

 fot. Sobiesław Pawlikowski

 

 

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ