Sztuka oddziałuje, gdy nie jest obojętna

Sztuka oddziałuje, gdy nie jest obojętna

PODZIEL SIĘ

Piotr Szwedes, odtwórca roli Prymusa w „Młodych wilkach”, wkrótce powróci na ekrany kin w kolejnej części filmu, który, jak mówi, będzie pokazywał nie tylko pokolenie bohaterów znanych z kultowej produkcji lat dziewięćdziesiątych, ale i pokolenie ich dzieci. Oczywiście wszystko w „sosie sensacyjnym”.

Tymczasem zobaczyć go można między innymi w sztuce „Pół na Pół”, w reżyserii Wojciecha Malajkata, którą wspólnie z Piotrem Polkiem wystawiają w różnych częściach kraju.

Komedię „Pół na Pół” gracie w różnych miastach w Polsce – większych, ale i mniejszych. Czy można powiedzieć, że ten spektakl wpisuje się w misję krzewienia kultury w miejscach, gdzie dostęp do niej nie zawsze jest tak ułatwiony jak w dużych miastach?

Piotr Szwedes: – Na szczęście z dostępnością kultury jest dzisiaj dużo lepiej i często ludzie w mniejszych miastach są bardziej wyrobieni teatralnie niż mieszkańcy niejednej dzielnicy Warszawy, Krakowa czy Poznania. Niemniej, faktycznie jest tak, że ludzie z mniejszych miejscowości nie zawsze mogą mieć czas, by wybrać się wieczorem do teatru w dużym mieście, a takie spektakle dają im szansę na kontakt z teatrem bliżej miejsca zamieszkania.

„Pół na Pół”, moim zdaniem doskonale wpisuje się w misję krzewienia kultury. Możemy powiedzieć, że to nie tylko komedia, z której ludzie mogą się pośmiać, ale sztuka, dająca możliwość refleksji. Widzowie mogą się zastanowić nad sobą, nad relacjami międzyludzkimi, nad znaczeniem rozmów i nad sytuacjami, do jakich może prowadzić brak komunikacji. Nasz spektakl w krzywym zwierciadle ukazuje ludzkie wady. Oczywiście nie dajemy odpowiedzi na stawiane pytania, nie mówimy, jak postępować, ale pokazujemy konsekwencje życia na skróty, zbyt wygodnego.

Bohaterowie sztuki – dwaj bracia: Robert i Dominik spotykają się po wielu latach i od razu zaczynają dzielić spadek po matce, która… jeszcze żyje. Wpadają więc na pomysł, by ją wyeliminować. Od tego zaczyna się cała historia. Wchodzimy w ich życie i dowiadujemy się, dlaczego w ogóle taki pomysł przyszedł im do głowy. Oczywiście wszystko w „sosie komediowym”.

Czy sztuka śmieszy tak samo na południu, jak i na północy kraju, na wschodzie, jak i na zachodzie? Czy publiczność jest różna w różnych miejscach?

– Na pewno publiczność, jak i my sami każdego wieczora jesteśmy inni. Na tym polega przewaga teatru nad sztukami audiowizualnymi. Teatr jest na żywo, codziennie jesteśmy w innym nastroju, mamy inną widownię. Generalnie pewne rzeczy są założone z góry – ponieważ to jest nasz zawód, nie przypadek, to wiemy, w których momentach ludzie powinni się śmiać, a kiedy przestają. Na tym polega sztuka uprawiania zawodu, jakim jest „aktor zawodowy”. Wszędzie to podkreślam – „aktor zawodowy” to niestety zawód ginący w naszym kraju. Wszyscy chcą być aktorami, nie mając do tego rzetelnego przygotowania. My w teatrze utrzymujemy, można powiedzieć, „ostatnie bastiony”, ponieważ tutaj trzeba nie tylko coś mówić, ale również wiedzieć, jak i po co wychodzimy na scenę.

„Pół na Pół” gramy w wielu miastach w Polsce, wszędzie mamy owacje, a później pozytywne recenzje i rekomendacje. Ludzie do nas piszą, że ten spektakl nie tylko ich śmieszy, ale też daje do myślenia, w czymś im pomaga. Stąd wiemy, że ta sztuka działa – że nie tylko śmieszy, ale i drażni, że nie jest obojętna. A to już jest nasz sukces.

Czy przy okazji wyjazdów i wystawiania sztuki w różnych zakątkach Polski, macie okazję pozwiedzać?

– Oczywiście. Nasze wyjazdy nie sprowadzają się tylko do przyjazdu do danego miasta, zagrania spektaklu, a w restauracji zjedzenia tatara z mrożonym napitkiem – choć nie ukrywam, że takie momenty też się zdarzają. Niemniej staramy się korzystać z okazji i w miarę możliwości zwiedzać miejsca, w których się pojawiamy, zobaczyć zwłaszcza rozmaite zabytki, jak kościoły, czy zamki.

Niedawno graliśmy w Kartuzach, gdzie zwiedziliśmy jedyny w kraju kościół i budynki, należące niegdyś do zakonu Kartuzów, o wyjątkowo surowej regule. Wcześniej nie miałem pojęcia, że taki zakon znajdował się w Polsce.

Nasze wyjazdy dają nam więc różne możliwości i nigdy nie stronimy od okazji, by dowiedzieć się czegoś o miastach, w których gramy. Żeby nie było niesprawiedliwie, wracamy do Warszawy i już 17, 18 i 19 marca spektakle premierowe w Teatrze Polonia u Krystyny Jandy.

Gra Pan na scenie, zajmuje się produkcją… niczym „człowiek orkiestra”.

– Po skończeniu szkoły filmowej w Łodzi, pojechałem do Warszawy, gdzie występowałem w Teatrze Studio, później w Teatrze Ochoty, a w końcu w Teatrze Syrena. W pewnym momencie zacząłem jednak sam organizować sobie miejsce pracy i zająłem się produkcją. Przykładem jest spektakl „Pół na Pół” i muszę przyznać, że ta praca daje mi ogromną satysfakcję. Mogę wybrać, co gramy, kto gra, a jednocześnie dawać ludziom coś wartościowego.

Moją następną produkcją, którą właśnie przygotowuję, będzie komedia małżeńska, w której pojawi się Joanna Liszowska, Beata Ścibakówna, Mirek Baka i może Wojtek Malajkat, który to wszystko wyreżyseruje. Ruszamy z nią w Polskę od jesieni.

Poza tym można mnie zobaczyć w „Godzinie z pożycia mężczyzny” według scenariusza Artura Andrusa i piosenkami Wojciecha Młynarskiego. Od kilku lat mam też kontakt z rozwojem osobistym, prowadziłem już największe eventy w Polsce – m.in. „Życie bez ograniczeń”, ze znanym mówcą motywacyjnym, Nickiem Vujicicie. Następna, trzecia część, już jesienią w Warszawie, zapraszam.

Zagrał Pan też w serialu „Bodo”. Spodobał się Panu klimat dwudziestolecia międzywojennego?

– Było wspaniale. Miałem taką, można powiedzieć, teatralną robotę, ponieważ grałem dyrektora Boczkowskiego, dzięki któremu Bodo zaczął karierę. To Boczkowski wziął go do teatru i dał mu pierwsze role. Praca przy tym serialu to było wspaniałe przeżycie. Przez wiele dni graliśmy w Teatrze Ateneum. Według mnie był to powrót do teatralnych początków, gdy nie było jeszcze tyle mediów, elektroniki, a ludzie żyli scenami i tym, co się działo w teatrze. Mimo to, żyli życiem.

Już jakiś czas temu zakończył się serial „Złotopolscy”, w którym grał Pan kilkanaście lat. Nie brakuje Panu postaci Tomka Gabriela?

– Trochę brakuje. Przestaliśmy jednak robić ten serial, gdy polityka wkroczyła do telewizji. Niestety, gdy polityka miesza się ze sztuką, rodzą się demony…

Teraz pojawiam się w innych serialach. Ostatnio kręciłem odcinek „Ojca Mateusza” razem z Piotrem Polskiem, z którym występuję w spektaklu „Pół na Pół”. Co ciekawe, w serialu jako policjanci prowadzimy śledztwo, a w „Pół na Pół” gramy dwóch braci, którzy planują pozbyć się matki.

Wkrótce wracamy też na ekrany z nową częścią „Młodych wilków”.

Właśnie miałam o to spytać. Wiele osób kojarzy Pana głównie z roli Prymusa w „Młodych wilkach”. Czy z uwagi na niezwykłą popularność, jaką zdobył Pan dzięki tej roli, była ona szczęściem, czy raczej przekleństwem…?

– Szczęściem, oczywiście. To była wspaniała rzecz, kultowy film i moje początki.

Zdradzi Pan nieco szczegółów, dotyczących nowej części?

– Nowy film będzie pokazywał nie tylko nasze pokolenie, ale i pokolenie naszych dzieci. Pojawią się w nim refleksje na temat tego, co my zrobiliśmy z wolnością, z tym, co nam przyniosła demokracja i jak ten czas wykorzystaliśmy. Następnie ukazane zostanie pokolenie naszych dzieci, które nie mają żadnych obciążeń politycznych, mogą wszystko, niemniej gubią się, ponieważ są pozbawieni autorytetów. O tym właśnie będzie ten film, porównamy dwa pokolenia. Oczywiście, wszystko w „sosie sensacyjnym”.

Kiedy zobaczymy go w kinie?

– Prawdopodobnie z końcem roku.

Na zakończenie zapytam jeszcze o książki, ponieważ podobno jest Pan „molem książkowym”. Jaką obecnie literaturę Pan „pochłania”?

– Ostatnio dużo czytam książek, dotyczących rozwoju osobistego, w związku z prowadzonymi przeze mnie eventami. Sięgam po takich autorów, jak Robert Kiyosaki, Brian Tracy i wielu innych.

Oczywiście uwielbiam beletrystykę i staram się być na bieżąco z nowościami. Czytam biografie, np. ostatnio biografię Krystyny Jandy. Siegnąłem też niedawno po Hermanna Hessego i powtarzam Dostojewskiego. A z nowych autorów to zaciekawił mnie Szczepan Twardoch, autor „Morfiny”, a ostatnio Hanya Yanagihara, autorka „Małego życia” – przepięknej książki o przyjaźni, lojalności, czyli o tym, o czym w dzisiejszych czasach często się zapomina.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała

Anna Piątkowska-Borek

Fot. Andrzej Rams

BRAK KOMENTARZY