Pomarańcze i Mandarynki, czyli jak artyści z Warszawy odkrywają Marka G. z...

Pomarańcze i Mandarynki, czyli jak artyści z Warszawy odkrywają Marka G. z Krakowa

PODZIEL SIĘ

To miał być wieczór pod kocem z mandarynkami i dobrą muzyką w tle. Włączyłam radio. I tak w ciągu kilku sekund zmieniły się moje plany. Dobiegły mnie dawno nie słyszane utwory Marka Grechuty, ale dla odmiany w kobiecym wykonaniu. Nie wiedziałam kim jest wokalistka. Dopiero rozmowa, jaką przeprowadziła z Nią redaktorka spowodowała, że w pośpiechu zaczęłam szukać notesu. Zapisałam słowa klucze: „Lewandowska”, „Marek G.”, „nowy album”, „koncert”, „Kraków”, a następnego dnia zaczęłam szukać kontaktu do artystki. I tak po kilku godzinach mandarynki jadłam już w towarzystwie Joanny Lewandowskiej i Michała Zawadzkiego, którzy do Krakowa przyjechali promować swoje muzyczne dziecko – album „Mężczyźni mojego życia: Marek G. z Krakowa”.

Czy Grechuta jest nadal aktualny i chętnie słuchany? Co fascynującego znajduje Joanna Lewandowska w twórczości Marka G. z Krakowa? Myślę, że dobry tekst i piękna melodia są gwarantem sukcesu piosenki. Niestety współcześnie spotykamy częściej utwory pisane na zamówienie, a w tekstach nie zawsze można znaleźć tyle „opowieści”. Ktoś kiedyś o mnie powiedział, że na scenie opowiadam historie piosenkami. Myślę, że w piosenkach Grechuty jest bardzo wiele pięknych opowieści i dlatego one tak zachwycają wciąż nowe pokolenia.

Czy piosenki w nowych aranżacjach odkryła pani na nowo? Usłyszała w nich to, co do tej pory było zakamuflowane?

Jestem „złodziejką piosenek”, ale kradnę tylko te, które „czuję jako moje”. Więc one gdzieś tam musiały stworzyć się „na nowo”, dzięki talentowi wspaniałych muzyków. Myślę, że nasze pomysły na kilka z nich mogą wydać się zaskakujące. Choćby „Pomarańcze i mandarynki”, teoretycznie monolog mężczyzny do kobiety. Chyba nigdy do tej pory nie był śpiewany przez kobietę. A odwrócenie roli i uczynienie mężczyzny adresatem, nadaje piosence całkiem inne znaczenie, inną niż do tej pory możliwość interpretacji i właśnie całkiem nową historię do opowiedzenia.

DS2_6878 (3)Odwrócenie ról to jedno, ale co jeszcze wyróżnia album na tle innych? To jest pierwszy album, gdzie nagrałam utwory wyłącznie jednego artysty, do tej pory nagrywałam albumy z premierowymi utworami, albo „podkradałam piosenki”, ale od wielu różnych mistrzów. Mój debiutancki album „Najwcześniej później” jest w całości do tekstów Krzysztofa Cezarego Buszmana – ale on pisał je specjalnie dla mnie. Tutaj pozwoliłam sobie podkraść istniejące piosenki i odkryć je dla siebie i swojej publiczności.

Jak wyglądała praca nad płytą? Patrząc na nazwiska śmiało można powiedzieć, że pracowali z Panią wirtuozi. Przede wszystkim album grany był całkowicie „koncertowo”. Każda piosenka została nagrana przez muzyków, zaśpiewana przeze mnie trzy razy i wybieraliśmy najlepszą wersję. To dało nam w studiu energię prawdziwego „live’owego” grania. Można pokusić się na takie ryzyko wyłącznie w towarzystwie tak znakomitych muzyków jak Michał Zawadzki, Grzech Piotrowski, Sebastian Wypych i Robert Siwak. Każdy z nich jest wyjątkowym wirtuozem, a łączy nas to, że wszyscy szukamy w muzyce ulotności chwili. Zatem płyta nie była tworzona w tak modny dziś sposób, miksowania osobnych śladów, nagrywania słowa po słowie. Jest zatem – moim zdaniem – prawdziwsza.

A jak na piosenki krakowskiego artysty patrzy się przez pryzmat muzyki? O to zapytałam fachowca – Michała Zawadzkiego, pianistę i kompozytora, który sam również tworzy muzykę do utworów poetyckich.

Twój wkład w „Tuwima dla dorosłych” w reż. Jerzego Satanowskiego w Teatrze Muzycznym ROMA jest nieoceniony. Przyszedłeś tam na zastępstwo, a zostałeś na dłużej. I tak poznałeś Joannę Lewandowską. Czy długo musiała Cię namawiać do współpracy przy „Marku G. z Krakowa”?

Nie. Jako muzyk czekam i cieszę się z nowych projektów. Praca z doświadczonymi muzykami to prawdziwa przyjemność – konkretna, ukierunkowana, sprawna. Jednak, żeby ta współpraca miała głębszy sens, a interpretacja była prawdziwa trzeba najpierw trochę w życiu przeżyć i po prostu dojrzeć. Tylko wtedy można spojrzeć na utwór, jak na uniwersalny kod, który przepuszcza się przez swój własny filtr, niejako „adoptuje” i opowiada się nim jakąś własną historię. Z drugiej strony za emocje i wrażliwość, z których lepi się dźwięki, płaci się zazwyczaj sporą cenę w życiu…

Zatem, czy trudno zmieniało się Grechutę lub inaczej, czy łatwo tworzyło się Go na nowo?

Nie za dużo tu zmieniałem, szczególnie w harmonii – te piosenki są tak napisane, że radykalne zmiany tylko im szkodzą. Starałem się, aby te zmiany, których dokonałem, miały jakieś muzyczne lub interpretacyjne uzasadnienie. Podstawowa różnica jest taka, że śpiewa to kobieta, do tego – jak się wydaje – z dość odmiennym temperamentem scenicznym. Wszystko, co dzieje się muzycznie, podporządkowane jest więc Joannie. Ale nie jest to moja zasługa – realizacja tych pomysłów jest dziełem zbiorowym. Każdy gra tak, jak czuje, jednocześnie słuchowo obejmując całość i próbując się w tym jak najlepiej odnaleźć. Ja nie stworzyłem Grechuty na nowo. Już prędzej stworzyła Go Asia według moich muzycznych wskazówek, które odczytali pozostali muzycy. W tym sensie autorami aranżacji są wszyscy członkowie zespołu.

Z oryginalnymi aranżacjami utworów Grechuty często mam problem. Wiele posiada nieuchwytny, poetycki czar, inne są muzycznie dość kanciaste lub wręcz kiczowate. Jednak -mając na myśli to Jego „grechutowe brzmienie” – teraz czasy mamy zupełnie inne, raczej nikt tak już nie gra, piosenka poetycka, czy poezja śpiewana to dziś gatunki elitarne, obce są im sceny festiwalowe, jak bywało dawniej. Nie miałem zamiaru odwoływać się do tego brzmienia z jakiegokolwiek okresu (wszak skład zespołu Asi jest zupełnie inny), ani też starać się w jakiś sposób z nim korespondować, czy stać w opozycji. Ważne jednak było dla mnie, żeby brzmiało to szczerze, spontanicznie, emocjonalnie.

Michał ZawadzkiTwoje aranżacje mają większą szanse trafić do….

Nie ma chyba jakiegoś konkretnego targetu takiego grania. Jeśli sięgną po tę płytę wieloletni fani Grechuty, nie powinni się jakoś specjalnie oburzyć. Ktoś może czuć się zaskoczony, ktoś inny rozczarowany – to dość naturalne. Najgorsza jest przecież obojętność… Nie licząc oczywiście wynalazku naszych internetowych czasów – czyli tzw. hejterstwa.

Długo pracowaliście nad albumem?

Nie, zajęło nam to z dwie próby u mnie w domu, potem dwa koncerty, gdzie materiał się szlifował w wersji „live”… Reszta pracy to studio nagraniowe i produkcja „na gorąco”. Płyta była nagrywana na setkę. Rejestrowaliśmy trzy wersje każdego utworu i wybieraliśmy najlepszą. Doradzał i ulepszał (również aranżacyjnie) Grzech Piotrowski.

Już za kilka dni zagracie w Krakowie swój premierowy koncert. Wolisz studio, czy scenę?

I tego, i tego mam raczej niewiele w życiu (śmiech). Dotychczas pracowałem głównie jako nauczyciel, potem wykładowca. Moje doświadczenie studyjne jest jeszcze mikre, więc życzyłbym sobie, żeby móc wziąć udział w jakiejś sesji nagraniowej. Dla mnie to działanie wręcz terapeutyczne. Koncerty oczywiście lubię, choć – prócz kilkuletniej współpracy z Płocką Orkiestrą Symfoniczną, gdzie uczestniczyłem w bardzo różnych programach (klasycznych i „rozrywkowych”), grywałem raczej wyłącznie jako akompaniator towarzyszący wokaliście. Jakoś zespoły kilkuosobowe mnie omijają, ale też nigdy nie miałem parcia, żeby zrobić coś w zespole. Zdolny, ale leniwy (śmiech). Cóż. Czas pokaże.

Dziękuję Wam za rozmowę i życzę sukcesów.

fot: Joanna Lewandowska i Michał Zawadzki

BRAK KOMENTARZY