Moje bohaterki to ja

Moje bohaterki to ja

PODZIEL SIĘ

Maria Nurowska w rozmowie z Pawłem Kozłowskim opowiada o różnych wymiarach miłości, bolesnych zawirowaniach losu i o swojej najnowszej książce pt. „Wariatka z Komańczy”.

 

Podobno w jednym z wywiadów z roku 2014 zapowiadała Pani odpoczynek od pisania. Domyślam się, że do napisania tej książki pchnął Panią jakiś silny impuls. Jeśli tak rzeczywiście było – to jaki?

Za postacią mojej bohaterki kryje się osoba, którą znam od wielu lat, parę razy przymierzałam się, aby o niej napisać, ale brakowało mi odpowiedniej oprawy dla jej niezwykle skomplikowanych losów. I taką oprawą stało się uwięzienie w Donbasie. Ten fakt, który sam w sobie jest dramatyczny, świetnie komponuje się z jej życiem. Marta jest znaną malarką, ale w sprawach osobistych sobie nie radzi. Rozbity dom, trudne dzieciństwo, siostra bliźniaczka (starsza od niej o trzy minuty), która ją terroryzuje. One się kochają i nienawidzą zarazem. Może dlatego bohaterka wychodzi za mąż za kogoś, kto zapewnia jej poczucie bezpieczeństwa. Twierdzi, że go kocha, ale przyznaje, że jest to uczucie letnie, bez wzlotów i upadków. Po śmierci męża, mimo że jest młodą, atrakcyjną kobietą przestaje interesować się mężczyznami.

 

Wielu czytelników snuje domysły na temat tego, ile w książkach wykorzystuje Pani z własnej biografii. Nie ukrywam, że i sam mam ochotę o to spytać, chociaż w przypadku „Wariatki z Komańczy” to pytanie powinno mieć wiele wymiarów.

To chyba nieuniknione, że pisarz bierze coś z własnego życia. Moja bohaterka ucieka z miasta, tak jak ja, tylko że ja do Bukowiny Tatrzańskiej, a ona w Bieszczady. Wydaje jej się, tak jak mnie, że znalazła wreszcie swoje miejsce na ziemi, ale zjawia się w Komańczy trójka francuskich architektów, którzy mają tam odrestaurować spaloną w latach dziewięćdziesiątych cerkiewkę. Marta zaprzyjaźnia się z nimi, a potem nawet za jednego z nich wychodzi za mąż, chociaż ślubowała samotność do końca życia.

W Bukowinie swego czasu też pojawiło się trzech francuskich architektów, którzy odrestaurowywali zabytki w Krakowie, poszli na spacer, zobaczyli mój dom i spytali przez domofon: Możemy wiedzieć, kto projektował to cudo? Odpowiedziałam: ja! Bo tak uważam, tyle pozmieniałam w początkowym projekcie, że właściwie powstał zupełnie inny dom. Zakopiański architekt rwał włosy z głowy, że chcę oszklić tarasy w domu z drewnianych bali, a potem przyznał mi rację, że nadają budowli lekkości. No i zaprzyjaźniłam się z panami architektami, a z jednym z nich nawet bardzo, ale za mąż, jak Marta nie wyszłam.

Ważnym wątkiem w Pani książce jest także sztuka. Sztuka jako ucieczka i ulga w świecie to znany trop. Mam takie podejrzenie, że Pani chodziło jednak o coś więcej. Prawda?

Artyści są zawsze wyobcowani, łatwiej ich zranić niż ludzi twardo stąpających po ziemi. Nawet jeśli zgrywają twardzieli, to zawsze płacą jakąś cenę, uciekają w alkohol, narkotyki, ale jednocześnie pozostawiają po sobie trwały ślad, że wymienię wielkich malarzy, muzyków. I chociaż Marta myśli o sobie, że jej życie to tylko kręgi na wodzie, czerpie radość z tworzenia, ale doświadcza też wielu rozterek i rozczarowań, wtedy sięga po alkohol. To osoba trudna, wycofana, skrywa swoje uczucia. Jej drugi związek jest bardzo udany, jednak gdzieś po cichu Marta myśli, że nie poznała czym jest prawdziwa namiętność, która „burzy krew i mąci zmysły”. A jednak coś się jeszcze w jej życiu wydarzy.

Wzruszył mnie wątek zwierząt i opieki nad nimi. Z wielu różnych powodów. I faktycznie wciąż pokutuje przekonanie, że osoba opiekująca się zwierzętami to „wariatka”. A przecież zwierzęta bywają o wiele lepsze od ludzi.

Dla mojej bohaterki psy, tak jak dla mnie, to najlepsi, najwierniejsi przyjaciele, jest w stanie wiele dla nich poświęcić, a nawet narazić własne życie. W Polsce zwierzęta często są maltretowane bezkarnie, sądy nie traktują ich jak istoty żywe, wymierzają takim katom śmiesznie niskie kary. To mnie bardzo boli. I o tym też jest ta książka.

W swoich książkach opisywała pani często życie wilków, skąd zainteresowanie tymi zwierzętami?

Można powiedzieć, że wychowałam się wśród zwierząt. Mój ojciec był leśnikiem, ja nawet urodziłam się w leśniczówce, i w naszym domu często pojawiały się leśne sieroty, których matki zostały zabite. Pewnego dnia ojciec przyniósł w czapce maleńką kunę, jej matka zginęła od kuli kłusownika. I ja się nią opiekowałam. Kasia, bo takie nadałam jej imię, była jeszcze ślepa, spała ze mną zwinięta w kłębuszek na poduszce, karmiłam ją pipetką, słowem zastępowałam jej mamę. Kiedy podrosła nosiłam ją w kieszeni do szkoły, dopóki nauczyciele mi tego nie zabronili

Kuny to najdziksze zwierzęta i nie da się ich oswoić, a mnie się to udało! Kasia, siedząc w oknie czekała, kiedy wrócę ze szkoły i od razu wskakiwała mi na ramię. Mam nawet takie zdjęcie. A potem któregoś dnia zniknęła. Rozpacz była straszna, ale ojciec mi wytłumaczył, że ona dorosła i wróciła tam, gdzie powinna być. Któregoś dnia gajowy powiedział nam, że od jakiegoś czasu widuje w okolicy leśniczówki dwie kuny, zaczęłam więc krążyć po lesie i przywoływać ją. I ona przyszła. Wskoczyła mi na ramię, ale zaraz uciekła, bo na pobliskim drzewie czekał na nią jej partner. I już jej nie zobaczyłam.

Wilki natomiast to była wielka miłość mojego taty, chronił je jak mógł, kiedy w latach pięćdziesiątych urządzano na nie obławy. Kopano głębokie doły i one w nie wpadały, wypłoszone przez naganiaczy ze swoich siedzisk. Zabijano je seriami z karabinów maszynowych. Raz w życiu widziałam, jak mój ojciec płakał, i ten obraz pozostał we mnie na zawsze.

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ