Maniakalna przyjemność: „T2 Trainspotting”

Maniakalna przyjemność: „T2 Trainspotting”

PODZIEL SIĘ

Druga część kultowego „Trainspotting” to jeszcze ostrzejsza, mroczniejsza, ale także mądrzejsza, podróż w nieznane. Kim są dziś ludzie, których przed dwudziestoma laty świat kochał nienawidzić? Po dwóch dekadach spotykają się ponownie. W tej samej (znakomitej!) obsadzie i ponownie pod wodzą Danny’ego Boyle’a.

„Przerażający, zabawny, porażająco smutny i pełen niespodzianek; zwykle takie powroty się nie udają, ale Danny Boyle i jego czterech muszkieterów dają nam to, na co czekaliśmy – gorączkę, energię i maniakalny niepokój” („The Guardian”), „uzależniająca porcja czystego kina” („Mirror”), „Jeśli pierwsza część uchodzi za jeden z najważniejszych brytyjskich filmów, z radością można powiedzieć, że jego następca jest równie dobry, jeśli nie lepszy. Bohaterowie, których znamy, dorośli. Szaleństwo ich młodości zastąpiło smutne poczucie upływającego czasu, żal, strach, świadomość straconych szans, także świadomość śmiertelności” („Herald”). To tylko niektóre recenzje spośród dziesiątek entuzjastycznych opinii o „T2 Trainspotting”, drugiej części kultowego obrazu lat dziewięćdziesiątych XX wieku.

Pierwsza część „Trainspotting” na zawsze zmieniła brytyjskie (a może i światowe) kino. Później nic nie było już takie samo. Boyle pokusił się o pokazanie czegoś, czego kino wcześniej nie miało odwagi pokazać. Dzikość, brawurę, śmiałość, zdeptanie wszelkich przejawów obyczajowego tabu. I wygrał! Taki był „Trainspotting”, dziś zaliczany do grona najważniejszych filmów w historii kinematografii brytyjskiej.

Po dwudziestu latach Danny Boyle (dziś już laureat Oscara za „Slumdog. Milioner z ulicy”) ponownie spotkał się z tą samą ekipą i pokazał – znów brutalnie szczerze i bezkompromisowo – kim są dziś ci, którzy dwie dekady temu z dziką zawziętością niszczyli swoje życie.

Przed dwudziestoma laty otrzymaliśmy smutny, porażająco szczery obraz wyrzutków zamieszkujących przedmieścia Edynburga, ale tak naprawdę dostaliśmy coś więcej – panoramiczny obraz życia ludzi bez nadziei, którzy zamieszkują przedmieścia całego świata.

Bohaterowie „Trainspotting” byli nieustraszeni, wiecznie czymś otumanieni, bezmyślni i zbuntowani. Mark Renton (Ewan McGregor) jako pierwszy postanowił zerwać z życiem wiecznego rebelianta. Nie zostawił po sobie jednak dobrego wrażenia, jak zawsze, poszło o pieniądze. Teraz wraca do miasta, w którym ma tyle samo wrogów, ilu przyjaciół. Przy czym wrogowie są bardziej zdesperowani. Czas wyrównać rachunki.

Kim są dzisiaj ci, których brak kompasu moralnego i jakichkolwiek zasad uczynił smutną wizytówką końca ubiegłego wieku? Łatwo było pójść tu na łatwiznę, przedstawiając kolejny etap degrengolady czterdziestoletnich dziś mężczyzn albo – grając na kontrze – pokazać smutnych panów w przyciasnych garniturkach, którzy odrabiają pańszczyznę w korporacjach. Boyle’owi udało się uciec od banału, nie poszedł żadną z tych dróg. Pokazuje natomiast smutny portret „szpetnych czterdziestoletnich”, by posłużyć się cytatem z klasyka. Portret malowany grubą kreską, bez upiększeń. Nie oznacza to jednak, że film jest smutną odą do zbliżającej się starości, rozpaczliwym rozliczeniem z przeszłością i marzeniami. Nie, widzów czeka wiele zaskoczeń, niespodzianek, mnóstwo ciętego brytyjskiego humoru i porządna rozrywka. To nie jest film dla grzecznych chłopców.

W filmie zobaczymy Ewana McGregora (dla którego pierwsza część „Trainspotting” stała się przepustką do światowej kariery), Jonny’ego Lee Millera w roli nieco demonicznego Sick Boya, Ewena Bremnera, który ponownie wciela się w postać legendarnego „Spuda”, oraz Roberta Carlyle’a jako Begbiego.

 
Bartek Reszczyk

 
T2 Trainspotting
reż. Danny Boyle

W Kinach od 3 marca

BRAK KOMENTARZY