Jesteśmy sformatowani do nijakości

Jesteśmy sformatowani do nijakości

PODZIEL SIĘ

O przyszłej siedzibie Teatru KTO, ciągłym podróżowaniu i ogromnym sukcesie plenerowego spektaklu „Peregrinus” mówi Jerzy Zoń, reżyser, współzałożyciel i dyrektor Teatru KTO.

Rozmawiamy w lokalu przy ul. Krowoderskiej 74, w Krakowie, który jest tymczasową siedzibą Teatru KTO. A co później? Gdzie przeniesie się teatr?

Jesteśmy w trakcie przystosowywania lokalu Kina „Wrzos” przy ul. Zamojskiego 50. Młodszej publiczności powiem, że to niegdyś kultowe miejsce w Krakowie. Obiekt wraz z działką został nam przekazany na następne kilkadziesiąt lat. Ponadto, Gmina Kraków przyznała nam dotację na jego remont i adaptację.

Przy okazji remontu pomyślałem, że można byłoby „wyczarować” tam nieco inne, niż do tej pory miejsce. Nie tylko pomalować zastaną scenę, widownię i wymienić fotele… Dlatego zmienimy m.in. układ ścian, by mogła powstać wielofunkcyjna sala – nie na 140-150 osób, ale nawet na 230. Nie będzie tradycyjnej sceny metr nad ziemią. Będzie natomiast płaska przestrzeń, którą za pomocą systemu hydraulicznego będziemy aranżować na potrzeby przedstawień, wysuwając różnej wielkości podesty. Chciałbym też, by ściany były w co najmniej dwóch kolorach, i żeby kolory te mogły być zmieniane. Myślę też o umieszczeniu luster.

Sala musi być bardzo nowocześnie wyposażona. Zakupimy plazmy, reflektory, ale wszystkie, te nowe elementy będą pięknie zaadaptowane za fasadą XIX-wiecznej ściany. Poza nowoczesnym wyposażeniem nie będziemy jednak stosować modnych dziś materiałów, tj. szkło i metal, którymi obecnie epatują prawie wszystkie, nowe „kulturalne” obiekty. U nas będzie bardzo przytulnie. W nowej siedzibie chcemy stworzyć klimat, jaki zawsze panował w Teatrze KTO.

Teraz trwają procedury przetargowe. W nowym roku natomiast wkroczą już ekipy remontowe.

Zmieni się też nieco struktura teatru, będziemy bardziej otwarci na to, co z zewnątrz. Zamierzamy pokazywać coś, co jest ciekawe nie tylko w Krakowie, ale i w Małopolsce, w Polsce, w Europie.

Nie staniemy się natomiast domem kultury (to ostatnio modne). Będziemy nadal teatrem, ale takim, który poza prezentacją swojego repertuaru, przybliża najwartościowsze dokonania teatru współczesnego. Z myślą o edukacyjnej funkcji teatru stworzymy program adresowany do młodego widza.

W ostatnim czasie Teatr KTO bardzo często wyjeżdża na występy zagraniczne.

Zawsze to był Teatr w drodze. Oczywiście w Krakowie gramy cały czas – część repertuaru wystawiamy przy ulicy Kanoniczej, na scenie Teatru ZALEŻNEGO („Trylogia” Krzysztofa Niedzwiedzkiego). W Cricotece regularnie gramy „Chór Sierot”, natomiast „Sprzedam dom, w którym już nie mogę mieszkać” wystawiamy w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej „Manggha”. Poza tym ulica, ulica, ulica… i przestrzenie miejskie na całym świecie!

Intensywnie podróżujemy. Ten rok zaczęliśmy od Iranu, w tej chwili wróciliśmy ze Stanów Zjednoczonych. Byliśmy już na Litwie, dwukrotnie w Anglii, a wybieramy się jeszcze na Białoruś, Ukrainę, do Gruzji, a nawet do Korei. Poza tym gramy też w wielu miastach w Polsce.

Mówi się, że Teatr KTO, to jest Krakowski Teatr Objazdowy. W filozofię naszego teatru wpisana jest podróż, eksploatacja nowych miejsc i nowych kontaktów, ale również poznawanie nowej sztuki.

Pana autorskie przedstawienia, będące w repertuarze Teatru KTO, to spektakle ciała i obrazu. Dlaczego nie zawierają słów?

Stwierdziłem, że z jednej strony słowa to za mało, a z drugiej – mówią zbyt konkretnie. To tak, jak ze stwierdzeniem „Kocham Cię” – gdy już padnie, to wszystko zostało powiedziane. Tymczasem gestem, wzrokiem można wyrazić miłość na wiele sposobów. W spojrzeniu może być ukryta nostalgia, tęsknota, ale i strach, przed utratą drugiej osoby.

Tekst porzuciłem w momencie, gdy zobaczyłem bardzo źle zagranego „Makbeta”. Pomyślałem wtedy, że sam bym tę sztukę dużo lepiej przeczytał w łóżku, przy lampce. Po co zatem męczyć ludzi słowami?

Obraz jest bardziej wieloznaczny i emocjonalny. Nie jest to jednak łatwy teatr, ale ciężka praca. Trzeba też mieć dobrych aktorów, z pełnymi ekspresji ciałami i poczuciem rytmu. Nasze spektakle są wyreżyserowane tak, jak skomponowana jest partytura muzyczna, wszystko jest wyliczone co do sekundy.

00000000d2bbbbbbaaaaaaapaacdeeeeee9b

Aby aktorzy byli tak wysportowani, dostają „zadanie domowe” w postaci treningów na siłowni?

Ćwiczą, oczywiście, ale należy też dodać, że są to aktorzy, mający odpowiednie predyspozycje. Bardziej dbam o to, by aktor, który zgłasza się do mnie, nie pokazywał mi dyplomu szkoły teatralnej, gdzie uczą głównie mówić. Patrzę, jakie aktor ma predyspozycje i możliwości. Generalnie nie ma egzaminów. Aktor przychodzi do Teatru KTO i zaczyna pracę, i albo zostaje, albo rezygnuje.

Wspomiał Pan kiedyś w jednym z wywiadów, że Teatr KTO „grzebie” w człowieku. Co to znaczy?

Nigdy nie robię przedstawienia, jeśli coś mnie nie dotyka. Owszem, mogę zrobić spektakl na zamówienie, chociażby o moście – z okazji jego otwarcia. Generalnie jednak musi nas coś dotknąć, aby powstało przedstawienie.

Naszym ostatnim plenerowym spektaklem jest „Peregrinus”. Pomysł zrodził się w momencie, kiedy z przerażeniem spostrzegłem, że jako ludzie w większości jesteśmy sformatowani, już się między sobą nie różnimy. Tak samo mówimy, stosując „kalki” językowe. Powtarzamy przecież to, co usłyszymy w telewizji, a z kolei nasi dziennikarze mówią na wzór prezenterów brytyjskich. Zauważyłem, że w Polsce nie mówi się już „społeczność lokalna”, tylko „lokalsi”, od angielskiego „locals”. Dzis usłyszałem w telewizji, że para podróżników nie rozmawia już z lokalnymi mieszkańcami, ale właśnie z „lokalsami”.

Albo to absurdalne stosowanie słowa „tak”. „Jestem głodna, tak”, „Idę do sklepu, tak” itd. To jest format. Jesteśmy sformatowani do malutkiego człowieczka. Ja nie, nie dam się sformatować. Tylko klnę w sposób nowoczesny.

Jesteśmy sformatowani do nijakości. Tak samo wszyscy patrzymy w smartfony, oglądamy te same seriale, mówimy tym samym językiem, tak samo zakładamy nogi na ławkę.

I dlatego właśnie powstał spektakl „Peregrinus”. Nie mamy już twarzy. Mamy te same maski i te same bagaże. Idziemy do prawie, takiej samej pracy, kopulujemy tak samo, jemy to samo, śpimy tak samo, na drugi dzień idziemy znowu do tej samej pracy.

Przerażające…

Podczas grania spektaklu mieliśmy już przykłady ludzi płaczących na widowni. Na początku czwartej sceny, gdy grupa się ubiera przed wyjściem do pracy, każdy wyciąga taki sam krawat (jest dziewięć krawatów, różnią się tylko kolorami), ktoś z publiczności nagle zaczyna płakać. Zapytany, czemu jest taki poruszony, odpowiada: „Robię to samo codziennie od 15 lat”.

Dopiero podczas oglądania spektaklu ludzie uświadamiają sobie, jak wygląda ich życie…

W pewnym momencie uśmiech publiczności zamiera…

Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że taki będzie odbiór tego spektaklu. Po ogromnym plenerowym widowisku, jakim są „Ślepcy”, pomyślałem, że warto byłoby teraz zrobić coś małego, mobilnego, by móc przemieszczać się ulicami miasta. I tak powstał „Peregrinus”. Wymyśliłem wszystko od zera. Nie ma dekoracji, jest tylko walizka. Walizka waży 23 kg. W walizce jest maska. W masce jest kostium. Wszystko to bez problemu mieści się w samolocie.

Sukces spektaklu jest tak duży, że przez dwa lata od premiery zagraliśmy go już 80 razy w różnych zakątkach świata.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała
Anna Piątkowska-Borek

Fot. Archiwum Teatru KTO

BRAK KOMENTARZY