Czy powstanie Muzeum Komiksu?

Czy powstanie Muzeum Komiksu?

PODZIEL SIĘ

Zakończył się już tegoroczny Krakowski Festiwal Komiksów. Ale czy jest szansa, by powstało miejsce nie tylko dla pasjonatów tej sztuki, ale i wszystkich, którzy chcieliby poznać historię obrazkowych opowiadań? O pomyśle utworzenia Muzeum Komiksu mówi Wojciech Jama, miłośnik i kolekcjoner opowieści obrazkowych i wszystkiego co z nimi związane.

Coraz częściej w różnych wywiadach wspomina Pan o pomyśle utworzenia Muzeum Komiksu.

Uważam, że sztuka komiksu zasługuje na muzealną oprawę i to bynajmniej nie mówię tylko o komiksie w wersji papierowej, ale też o wszelkich przedmiotach kolekcjonerskich związanych z komiksowymi bohaterami.
Ten pomysł kiełkował u mnie przez wiele lat i od dawna promuję go w mediach i na portalach społecznościowym. Temu też służy m.in. moja strona internetowa www.muzeumkomiksu.eu i profil facebookowy www.facebook.com/MuzeumKomiksu.

Nie spodziewam się bynajmniej, że będzie to proste. Już raz to przerabiałem przy okazji Muzeum Dobranocek, które istnieje w Rzeszowie od 2009 roku. Tam od samego pomysłu do otwarcia minęło 3 lata, jednak nie chciałbym już powtarzać podobnego mini-startu z kolejnym muzeum. Tu trzeba pewnego rozmachu, zwłaszcza jeśli chodzi o bezpieczeństwo zbiorów, będących w formie papierowej. Papier jest bardzo wrażliwym materiałem i wymagającym odpowiedniej prezentacji. Nie da się go prezentować w sposób ciągły na małych wystawach, musi być pewna rotacja eksponowanych materiałów. To jest skomplikowany proces, z którym mam już sporo doświadczenia.

Myśli Pan, że jest szansa, by takie muzeum powstało w Krakowie?

Razem z żoną od kilkudziesięciu lat gromadzimy zbiory i oboje jesteśmy zainteresowani partnerską współpracą. Na razie nawiązaliśmy ją ze środowiskiem krakowskich fanów komiksu – i to nie tylko z samymi zbieraczami, ale też i osobami, które z racji wykonywanego zawodu będą mogły pomóc nam w realizacji pomysłu. Swoją pomoc zaoferował już m.in. Tomasz Trzaskalik, architekt, który wspomaga fachową radą, ale i wsparciem w samej popularyzacji pomysłu. Zainteresowane utworzeniem Muzeum Komiksu jest również Krakowskie Stowarzyszenie Komiksowe, które od kilku lat organizuje Krakowski Festiwal Komiksu.

Szczerze mówiąc, jest dość mocna grupa lobbująca za utworzeniem Muzeum Komiksu właśnie w Krakowie. Środowisko krakowskie bardzo mocno zaakcentowało chęć współpracy w tym zakresie. I ja też jestem jak najbardziej „za”, chociaż wcześniej, promując ten projekt, nigdy nie podawałem konkretnego miasta, w którym mogłoby powstać muzeum.

Przypuszczam, że teraz przyszła pora na pozyskanie partnerów w Urzędzie Miasta, którzy zobaczyliby w tym sens i dostrzegli pewnego rodzaju wzbogacenie oferty kulturalnej miasta, kierowanej zarówno do mieszkańców, jak i turystów – krajowych czy zagranicznych. Nie mam wątpliwości, że takie muzeum powinno powstać. Jest to – mówiąc bardziej biznesowo – dobry produkt turystyczny.

Jako ciekawostkę powiem też, że wiele eksponatów – zwłaszcza figurek, czy starych wydawnictw – pozyskiwałem, mieszkając jeszcze w Krakowie. Kupowałem je na Giełdzie Grzegórzeckiej pod Halą Targową. Gdyby Muzeum Komiksu powstało w Krakowie, to poniekąd zbiory powrócą do miejsca, gdzie zostały zdobyte :)

Z jakimi komiksami rozpoczął Pan przygodę w dzieciństwie?

Oczywiście w dzieciństwie czytałem tylko komiksy polskie – tylko takie były u nas dostępne, ponieważ byliśmy, niestety, odcięci od normalnego światowego obiegu kulturalnego. Byliśmy „skazani” tylko na to, co serwowała nam ówczesna władza. Nie była to bogata oferta, chociaż wielu znanych twórców komiksów wtedy tworzyło i rozwijało swoje kariery.

Trzeba też przypomnieć, że był to dziwny czas, w którym komiks nie nazywał się „komiksem”. Mam w swoich zbiorach katalog wydawnictwa „Sport i Turystyka”, które publikowało czołowe serie: „Kapitan Żbik”, „Kapitan Kloss”, „Podziemny Front”, „Pilot Śmigłowca”. Tam nie ma mowy o tym, że są to komiksy. Nazywały się natomiast „kolorowymi zeszytami”. Dopiero w podpisie, w rozwinięciu był opis, że są to zeszyty typu komiksowego.

Nie próbowano zastąpić angielskiego słowa polskim?

Polski magazyn komiksowy „Relaks”, wydawany na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku, ogłosił w pewnym momencie konkurs na polską nazwę, która zastąpiłaby imperialistyczne i podejrzane słowo „komiks”, jednak nie udało się żadnej wprowadzić. Podczas gdy na przykład we Francji komiks nazywany jest „bandes dessinées”, we Włoszech – „fumetto”, u nas pozostał „komiksem”.

Kto w dzieciństwie był Pańskim ulubionym bohaterem komiksowym?

Hahaha :) Oczywiście Tytus, Romek i A’Tomek, ale też Kajko i Kokosz, Gucio i Cezar, czy bohaterowie komiksów Tadeusza Baranowskiego – a tych jest bez liku: Orient Man, Kudłaczek i Bąbelek, pechowe wampiry Szlurp i Burp. Z chęcią czytałem też o przygodach Gapiszona, Gąski Balbinki i kurczaka Ptysia – byli to bohaterowie historii obrazkowych ze „Świerszczyka”, „Misia”, którzy później trafili na ekran telewizyjny jako dobranocka.

Pamięta Pan jeszcze wszystkie przygody wspomnianych bohaterów?

Niestety nie mam rewelacyjnej pamięci. Mam jednak bogatą bibliotekę i wydaje mi się, że sztuka polega na tym, żeby wiedzieć, gdzie można coś znaleźć. Chociaż muszę przyznać, że czasem jest z tym problem… Po prostu za dużo zbiorów mam w mieszkaniu, stąd też m.in. myśl o powołaniu Muzeum Komiksu.

Muzeum miałoby większe możliwości na zbadanie historii komiksu w Polsce, udokumentowanie jej, ewentualnie prowadzenie działalności wydawniczej, dzięki której ta wiedza mogłaby trafić do większej rzeszy ludzi. W takim kierunku chciałbym pójść dalej. Gromadzenie zbiorów w prywatnym domu może odbywać się tylko do pewnego czasu. Chociaż moje zbiory tak czy siak – żyją. Staram się je popularyzować i udostępniać np. przy pisaniu prac naukowych. Jestem otwarty na współpracę. Ostatnio nawet moja kolekcja posłużyła jako materiał do napisania pracy na temat ewentualnych perspektyw na utworzenie Muzeum Komiksu. Pracę napisał Paweł Panic z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Niemniej większą część czasu zbiory te leżą na półkach i czekają na uwagę. Jeśli powstałoby Muzeum Komiksu, mogłoby być ono instytucją żywą i pełniącą rolę, związaną nie tylko z ekspozycją muzealną, ale też z pracą badawczą i popularyzatorską. Osobiście widzę taką potrzebę.

Myślę, że dla wielu osób, które po latach nagle zobaczyłyby komiksowe postacie, zapamiętane z dzieciństwa, byłaby to też nie lada atrakcja.

Niejednokrotnie widziałem takie reakcje: przychodzą ludzie, którzy nagle w gablotach odnajdują wspomnienia z dzieciństwa, i reagują bardzo emocjonalnie. Jeśli ktoś wcześniej miał wątpliwości, czy taka wystawa jest potrzebna, to w takich właśnie momentach, gdy widzi podobne reakcje zwiedzających, pozbywa się wszelkich wątpliwości, pojawia się uczucie satysfakcji.

Jaki jest najstarszy komiks w Pana kolekcji?

Najstarsza historia obrazkowa, którą posiadam, pochodzi z czasopisma „Wędrowiec” z 1893 roku. To jest niewielka, 12-kadrowa historia obrazkowa, zatytułowana „Podróż na Marsa”. Podejrzewam, że jest to prawdopodobnie przedruk z prasy zachodniej, chociaż jeszcze tego nie sprawdziłem.

Myślałam, że początki komiksu to XX wiek…

Proszę zauważyć, że potrzeba „opowiadania obrazem” towarzyszy ludziom właściwie od zarania dziejów. Weźmy choćby starożytną kulturę egipską, grecką, rzymską, czy kultury Ameryki Południowej. Zawsze ludziom towarzyszyła chęć opowiedzenia obrazem o pewnych wydarzeniach, czy to bardziej wzniosłych, czy po prostu zwykłych, codziennych. I to zostało do dziś.

Zmieniają się jedynie, można powiedzieć – nośniki tych opowiadań. Powstała w 113 roku Kolumna Trajana jest pomnikiem, na którym wokoło, w formie bardzo długiej wstęgi znajduje się płaskorzeźba, zawierająca wspaniałą opowieść obrazkową, dotyczącą historycznych wydarzeń.

Podobnie Tkanina z Bayeux – tu nośnikiem jest płótno, na którym w obrazkach przedstawiono podbój Anglii przez Wilhelma Zdobywcę, bitwę pod Hastings, życie codzienne mieszkańców ówczesnej Normandii. To jest naprawdę fascynujące.

Czyli komiksem można nazwać nie tylko tzw. historie obrazkowe z dymkami?

Komiks to żywa materia. Ciągle są spory na temat tego, czym jest komiks. Ja osobiście, używając sformułowania „komiks”, mam na myśli nie tylko historie obrazkowe z dymkiem. W Muzeum Komiksu widziałbym przecież też chociażby „Koziołka Matołka”, który nie jest komiksem z dymkami, a historią obrazkową z dodanym do niej wierszem. Chciałbym zaprezentować całą gamę opowieści, które poprzedzały historie z dymkami. W zbiorach mam ciekawe prace praojców komiksu, takich jak na przykład Wilhelm Busch. Są to historie obrazkowe w postaci albumów liczących po 500-600 stron. Posiadam również prace m.in. Rudolfa Topffera, czy Oskara Jacobsona.

Komiks cały czas się rozwija i zachodzi w różne rejony. Są komiksy, które opowiadają wspaniałe historie bez ani jednego dymka, jedynie samym obrazem. Polecam np. komiks „Przybysz”, autorstwa australijskiego rysownika Shauna Tana, dotyczący aktualnego dziś problemu imigracji. Tam nie ma praktycznie żadnych słów, są tylko piękne obrazy w sepii, które mówią wszystko, a nawet więcej.

A które zbiory w kolekcji są dla Pana szczególnie cenne?

Trudno powiedzieć. Zależy jak na tę kolekcję popatrzeć. Mam na przykład w zbiorach rzeczy z dzieciństwa, które mają dla mnie wartość sentymentalną. W Muzeum Dobranocek w Rzeszowie znajdują się osobiście przeze mnie wycinane ze „Świata Młodych” odcinki komiksu „Bolek i Lolek na Dzikim Zachodzie”. Są również roczniki „Świerszczyka”. Te ciekawostki przekazałem w darze Miastu Rzeszów w czasie otwarcia Muzeum Dobranocek, jednak nadal jestem z nimi emocjonalnie związany.

Cenne – zarówno w wymiarze emocjonalnym, jak i materialnym – są oryginalne prace twórców komiksów. Najpierw na tych komiksach się wychowywałem, czytając je w wersji drukowanej, początkowo w „Świecie Młodych”, potem w zeszytach. Są to historie Janusza Christy, Tadeusza Baranowskiego, Henryka Jerzego Chmielewskiego, Mieczysława Wiśniewskiego, czy Grażyny Dłużniewskiej. Po latach udało mi się natomiast nawiązać kontakt bezpośrednio z autorami lub – jak w przypadku zmarłego już Mieczysława Wiśniewskiego – z jego spadkobiercami. Dzięki temu wszedłem w posiadanie niezwykłych eksponatów, jakimi niewątpliwie są oryginalne prace twórców komiksowych. Mają one też oczywiście dużą wartość materialną, jednak dla mnie ma ona jedynie taki walor, że jeśli przychodzi do rozmowy z decydentami, którzy nie pasjonują się komiksem, i gdy pada pytanie, czy są to cenne rzeczy, mogę powiedzieć, że tak. Są cenne, ponieważ na aukcjach osiągają nieraz bardzo wysokie ceny.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała
Anna Piątkowska-Borek

Fot. archiwum Wojciecha Jamy

BRAK KOMENTARZY